Niestety, przez długi czas to, że chcę robić tyle rzeczy, wydawało mi się przekleństwem. Sądziłam, że jest ze mną coś dziwnego i że jeśli tylko jeszcze bardziej się postaram, będę wiedziała, kim zostanę, jak dorosnę

(c)Carolyn Lagattuta

(c)Carolyn Lagattuta

 

Sądziłam (utwierdzana w tym przekonaniu przez nauczycieli, znajomych i bliskich), że nie jestem stabilna emocjonalnie, że zbyt często zmieniam zdanie, że po prostu nie wiem, czego chcę, że jestem kapryśna, jestem skoczkiem z jednej pracy do drugiej, że nie potrafię docenić tego, co mam. 

Nic dziwnego, wychowywałam się w rodzinie naukowców, w której wszyscy od najmłodszych lat wiedzieli, co będą robili przez całe życie. To tzw. system japoński, w którym człowiek pracuje przez całe życie w jednej firmie aż do emerytury, na której dostaje przysłowiowy złoty zegarek.

Kiedy na 5. roku studiów medycznych ogłosiłam, że już nie zostanę lekarzem, a będę się zajmowała grami komputerowymi, usłyszałam zbiorowe "Aaaaaaałaaa".

Oczywiście, moi rodzice zaczynali karierę w czasach, kiedy wybór opcji zawodowych był dosyć ograniczony, ale za to stabilność pracownicza o wiele większa. To już jednak przeszłość. Wiele osób musi zmienić podejście do rynku pracy z powodu niepewnej sytuacji ekonomicznej.

Co jednak z tymi, którzy NIE MUSZĄ, ale CHCĄ? Co z osobami, które chcą rano być matematykami, wieczorem skrzypkami, a w weekendy pracować nad kolejną Anną Kareniną? A co z tymi, którzy chcą poznać jeden temat tak dokładnie, jak się da, aby później przenieść swoje zainteresowania na inną dziedzinę? 

Okazuje się, że nie jest z nimi (z nami) nic dziwnego. Amerykanie nazywają nas osobami mulitpotencjalnymi albo osobowościami renesansowymi (nasze podejście do życia przypomina podejście Leonarda da Vinci).

Piękna nazwa, ale trudniej wdrożyć taki koncept w życie, gdy nasze otoczenie ma nas za mało zrównoważonych skoczków. Dlatego też moją karierę coacha postanowiłam poświęcić pomaganiu osobom takim jak ja, multipotencjalnym.